Heroiny eksploatacji VII

Drogie Panie! Z Okazji Dnia Kobiet kinomisyjna ekipa przygotowała dla Was zestaw krótkich, acz syntetycznych laurek dla aktorek bądź kobiecych postaci powiązanych z szeroko pojmowanym kinem eksploatacji i klasy B. Postaraliśmy się o jak najbardziej różnorodne zestawienie. Jest mocno! Jest odważnie! Jest perwersyjnie! Jest… kobieco!


Roberta Findlay (Marcela Złoczyńska)

Osobiście cenię sobie Robertę Findlay jako twórczynię VHS-owych horrorów, teoretycznie tworzonych wyłącznie dla pieniędzy, ale często oferujących elementy wyróżniające je z tłumu (żeby tylko wymienić żonglerkę gatunkową, jak choćby jej stałe mieszanie slashera z klasycznym ghost story). Niemniej, na koncie autorka ma przecież dużo więcej, a i sam jej „artystyczny” życiorys jest całkiem interesujący. Zaczynała jako ledwie pomocnica swojego męża, Michaela, dzisiaj legendarnego twórcy filmów roughie. To u jego boku, najpierw jako aktorka, a później też oświetleniowiec, montażystka czy operatorka kamery, Roberta szlifowała filmowe rzemiosło tworząc kolejne eksploatacyjne prawie-thrillery, zwykle oscylujących wokół tematów seryjnych mordów i perwersyjnego seksu. Na jej solową karierę pora przyszła dopiero po rozstaniu z mężem, podobno niestabilnym emocjonalnie i tym samym dysfunkcyjnym. To wraz z separacją Roberta rozkręciła swoją karierę, głównie jako reżyserka filmów… porno. Mogę się mylić, ale w latach 70. była chyba jedyną twórczynią tego rodzaju kina w USA, a przynajmniej jedyną kręcącą takie obrazy regularnie. Część z nich to, podobno, przeciętne obrazy, a w części z nich miała zaprezentować treści, które bywają odbierane jako feministyczne czy po prostu wywrotowe względem porno-konwencji: kobieca perspektywa na sprawy łóżkowe i poruszanie tak „nieseksownych” tematów, jak depresja, rak czy choroba psychiczna. Wyobraźmy sobie jakiegoś przygłupiego Jacka, który poszedł pod koniec lat 70. do kina „dla dorosłych” i nagle zmuszony był oglądać dialogi o śmierci i samotności… Ale, co ciekawe, sama Roberta nie raz miała podkreślać, że żadną feministką nigdy nie była. Dla mnie najważniejsze jest to, że gdy w połowie lat 80. kręcenie produkcji XXX nie było już dla niej opłacalne, przeniosła się na grunt VHS-owego kina grozy i okolic. Zrobiła wtedy sześć filmów: nihilistyczny thriller Tenement (1985), tyleż populistyczne, co ekscentryczne horrory The Oracle (1985), Blood Sisters (1987), Lurkers (1988) i Prime Evil (1988) oraz czarną komedię o szalonym duchu punkowego muzyka Banned (1989). To filmy, gdzie mikro-budżet i pospieszna realizacja spotykają zadziorny styl i szalone pomysły, gdzie naiwność i kiczowatość kontrowane są brutalnością i pesymizmem. Czuć w nich przeszłość Roberty jako współtwórczyni filmów eksploatacji, czuć też ducha radosnego buntu, mimo że stale idącego w parze z chęcią zarobku. Ten ostatecznie nie przyszedł, co sprawiło, że Roberta zdecydowała się w końcu zakończyć reżyserską karierę. Ale nie ma tego złego: zaczęła wówczas pracę jako managerka legendarnego studia nagrań Sear Studio w Nowym Jorku, gdzie swoje płyty mieli za jej kadencji nagrywać m.in. Bjork, Lou Reed i Sonic Youth. Całkiem fajnie, co nie?


Karen Lancaume (Alexander Kenneth O’Shaughnessy)

Urodziła się 19 stycznia 1973 w Lyonie, zmarła 28 stycznia 2005 w Paryżu. Naprawdę nazywała się Karine Bach. Była jedną z najpopularniejszych gwiazd filmów pornograficznych w Europie. Do branży XXX trafiła za sprawą swojego męża Franka Cerrone’a. Para poznała się w pierwszej połowie lat 90., w pewnym francuskim klubie, w którym Lancaume pracowała za barem, natomiast wybraniec jej serca grał imprezy jako didżej. Z początku nie planowali robić kariery w przemyśle dla dorosłych, jednakże ich problemy finansowe okazały się na tyle poważne, że przekroczenie progu drzwi z szyldem XXX było tylko kwestią czasu. W latach 1996–2001 Lancaume wystąpiła w ponad pięćdziesięciu produkcjach porno, stała się niezwykle rozchwytywana, a o współpracę z nią zabiegali najwięksi reżyserzy z branży, między innymi Mario Salieri czy Marc Dorcel. To u tego drugiego reżysera aktorka złamała przyrzeczenie, jakie dała swojemu małżonkowi. Z początku bowiem pikantniejsze fragmenty miały być kręcone tylko z udziałem Franka, lecz kiedy podczas pracy na planie L’indécente aux enfers (1997) problemy z męskością przerosły partnera gwiazdy, wówczas Lancaume zakończyła scenę z innym aktorem. Chwilę po tym incydencie para rozwiodła się. Później było już „z górki”. Jedyne, co nie wchodziło w grę, to sceny o charakterze BDSM. W 1998 roku została nawet nominowana do nagrody Hot d’Or dla najlepszej francuskiej aktorki. Pozytywnym zwrotem w karierze Lancaume okazał się angaż do kontrowersyjnego Gwałtu (2000) w reżyserii Virginie Despentes i Coralie Trinh Thi. Aktorce przypadła w udziale rola Nadine, która wraz ze swoją niedawno poznaną przyjaciółką imieniem Manu zabijały przypadkowo napotkanych ludzi. Produkcja, choć niezakwalifikowana jako typowy obraz spod znaku XXX, zawiera sporo scen pornograficznych, zaś przemoc i wulgarność epatujące z ekranu powodują, że film – pomimo iż wzbudzał spore zainteresowanie w okresie premiery – od lat uchodzi za bardzo nieprzyjemny i mało prawdopodobne, aby chciało się do niego wracać. Gwałt miał być dla Lancaume przepustką do tradycyjnego przemysłu rozrywkowego, jednakże próba zrobienia kariery na innym gruncie niż porno zakończyła się dla niej niepomyślnie. 28 stycznia 2005 roku znaleziono jej ciało w jednym z paryskich apartamentów. Popełniła samobójstwo przedawkowując leki nasenne. Znaleziono przy niej krótką notatkę o treści „Zbyt bolesne”.


Mary Lou – bohaterka Balu maturalnego II: Witaj, Mary Lou! (1987) Bruce’a Pittmana (Marta Płaza)

Film Pittmana początkowo obmyślany był jako stand alone movie. Grubą kreską odcinał się od klimatu pierwszego (i skądinąd dużo słabszego) Balu maturalnego (1980) Paula Lyncha, z którym łączyła go wyłącznie nazwa szkoły. Nie byłoby więc przesadą stwierdzenie, że ostatecznie padł ofiarą slasherowej mody na kultywowanie franczyz. Skazany na klapę finansową, jako ten „drugi”, który nie udźwignął kultowości poprzednika, w którym wystąpiła sama Jamie Lee Curtis, dziś jest pamiętany już tylko przez zatwardziałych fanów slasherów. Argumentem przemawiającym za koniecznością odgrzebania tego tytułu z czeluści zapomnienia jest właśnie tytułowa Mary Lou, w którą brawurowo wcieliła się Lisa Schrage. Jej Mary Lou to królowa balu, która jest konkretną ladacznicą. Po raz pierwszy pojawia się na ekranie w pełnej wdzięku scenie spowiedzi. Skonsternowanemu księdzu opowiada o niesłuchaniu rodziców czy grzesznych stosunkach z chłopcami ze szkoły. Gdy duchowny zaczyna grozić dziewczynie ogniem piekielnym, ta bez żadnych sentymentów dodaje: wszystkie te grzechy to była czysta przyjemność, po to, by następnie napisać szminką na konfesjonale: „chcesz się zabawić? Dzwoń do Mary Lou!”. Bohaterka Pittmana zręcznie pogrywa sobie ze slasherowym tropem bohaterki – dziewicy. Daleko jej do grzecznej dziewczyny z dobrego domu, co więcej to ona dominuje nad chłopcami. Gdy zostanie zabita przez zawistnego chłopaka – to nie będzie jej koniec. Powróci zza światów 30 lat później, aby jako duch w ciele innej uczennicy, pomścić swoje krzywdy. Ciekawie czyta się po latach tę postać, nie tylko w kontekście slasherów, ale wizerunku kobiecości w horrorze jako takiego. Mary Lou to w końcu nie tylko banalnie wyuzdana ladacznica gorsząca małomiasteczkowe społeczności, żyjące wciąż w duchu fiftisowego konserwatyzmu. Jej zamiłowanie do kontestowania patriarchalnych prawideł ma wielki wpływ na budzenie się samoświadomości Vicki uwięzionej w oczekiwaniach otoczenia i religijnej rodzinie. Dziewczyna w końcu przestaje tłumić swoją seksualność, która w liceum, tuż przed balem, tym symbolicznym momentem inicjacji, może być w pełni realizowana. Podjudzana przez ducha Mary Lou, nuci grzeszne kawałki Elvisa Presleya, obściskuje się z ojcem, uwodzicielsko ujeżdża konia na biegunach z piekła rodem, w końcu biega nago po szatniach, podrywając koleżanki. Strzeżcie się uwolnionego ducha kobiecego erotyzmu.


Hibari Misora (Mateusz R. Orzech)

Urodzona w 1937 roku Kazue Katō, rozpoczęła karierę w show biznesie mając 12 lat. Pod zmienionym imieniem Hibari Misora (oznaczającym „skowronek na pięknym niebie”) podbiła serca Japończyków zarówno jako gwiazda muzyki pop – jedna z najważniejszych w historii kraju – jak kina. Choć lwia część jej wczesnych produkcji była romantyczna czy skierowana do nastolatków, Misora skręcać zaczęła z czasem w stronę poważniejszych ról dramatycznych (Growing Up, 1955) czy horrorów (Ghost in the Well, 1957). Jednak dla okołoeksploatacyjnego kina najważniejsze są jej role w produkcjach chanbara. Od 1953 roku zaczęła występować w rolach zadziornych wojowniczek, często wymierzając sprawiedliwość w męskim przebraniu. Czy to jako gangster (Scramble for Fortune, 1956) czy policjantka w serii Detective Hibari (1953; 1958-60) jej pewność siebie, lekko ochrypnięty głos, nieposkromiona ciekawość i zdolności w sztukach walki pomagały jej rozwiązywać kryminalne zagadki, pokonywać szajki przestępców, stawiać czoła skorumpowanym książętom. Nierzadko sama była księżniczką, która porzuciła bezpieczny dwór na rzecz niebezpiecznych ulic Edo (The Young Boss, 1958), pokazując, że życie pełne przygód i walki o dobro słabszych jest atrakcyjniejsze od pławienia się w luksusach. Zdarzało jej się także łączyć siły z kultowymi aktorami kina samurajskiego, jak z mistrzem ekranowej szermierki Tomisaburo Wakayamą (Detective Hibari: Hidden Coins, 1959; Ishimatsu: The One-Eyed Avenger, 1960) czy z Chiezō Kataoką w crossoverze z serią chanbara Falcon Magistrate, The Edo Official and Apprentice (1959). Postaci w jakie się wcielała przedstawiały ją w samurajskim świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie radziła sobie często lepiej od kolegów, silnie wyróżniając się na tle konkurencyjnych propozycji. Mimo że spora część produkcji z jej udziałem cechuje się pewną infantylnością i brak tu przemocy czy przewrotności znanych z późniejszych pozycji, jak Red Peony Gambler (1968) czy Lady Snowblood (1973), to dzięki jasno świecącej gwieździe Misory filmy te odegrały istotną rolę w umieszczeniu kobiety z mieczem (czy z jutte) na kinowej mapie kraju. Sama aktorka niestety nadużywała alkoholu, a w latach 80. m.in. z powodu rodzinnych tragedii całkiem popadła w alkoholizm. Chora na jałową martwicę kości i marskość wątroby, mimo bólu oraz utrat przytomności w trakcie czy po występach, kontynuowała karierę dopóki starczyło jej sił. Zmarła w wieku 52 lat w 1989 roku. Jej śmierć dla wielu symbolicznie oznaczyła koniec epoki Shōwa.


Doris Wishman (Magdalena X)

Doris to jedna z moich bohaterek. Chwilę po tym, jak umarł jej mąż, wybrała sobie reżyserowanie taniego kina eksploatacji jako nowe hobby. To się nazywa odreagowanie żałoby! W światku filmów robionych przez samych facetów i głównie dla facetów, Doris czuła się dobrze. W swoich filmach schlebiała złym gustom widowni grindhousowych przybytków. Jednocześnie przemycała sporo od siebie. Dodawała kobiece spojrzenie. Czasem krytykowała kulturę napalonych samców, pokazywała ich jako słabeuszy i frustratów. Sięgała po różne gatunki. Melodramat, film szpiegowski, potem horror. Eksperymentowała z montażem. Nienajlepiej, ale bardzo charakterystycznie. Zrobiła trochę śmieci i przeciętniaków. Zwłaszcza na początku i na końcu kariery (filmy nudystyczne, kilka pornoli – nie cierpiała ich kręcić, ale miała kiepską sytuację finansową). A po drodze bardzo ciekawe filmy, niektóre dzisiaj już kultowe. Bad Girls go to Hell (1965) to kawałek dziwnego snu, zapętlony koszmar kobiety, która ucieka przed przemocą. The Sex Perils of Paulette (1965) to taki pamiętnik dziewczyny skazanej na zostanie dziwką, normalnie Godard w wersji exploitation. Indecent Desires (1968) to historia niewyżytego samotnika, który znajduje lalkę voodoo (tak jakby) i zaczyna atakować dziewczynę swoich marzeń. Deadly Weapons (1973) i Double Agent 73 (1974) to konkretna komiksowa jazda, bohaterka o gigantycznym biuście służącym za broń do zabijania kryminalistów. No i A Night to Dismember (1983), czyli psychopatyczna morderczyni opuszcza szpital psychiatryczny. Filmografia Doris jest jedyna w swoim rodzaju. Czad. Babeczka przecierała szlaki. Ostatnio wydano nawet o niej książkę akademicką. Jeszcze nie czytałam, ale takie wydawnictwo mówi już dużo. Profesorowie oglądają kino eksploatacji. Profesorowie jarają się bez-budżetowymi filmami Doris. Każdy powinien! Nawet jeśli to nie są wcale dobre filmy. To nigdy nie miały być dobre filmy! Seks, przemoc i subwersja.

Teksty zbiorowe kinomisyjnej załogi i przyjaciół.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*