Azja 2021 #2 (+2018)

Od 4 lipca 2021 roku na facebookowym profilu Kinomisji publikuję krótkie recenzje azjatyckich filmów z 2021 roku, jakie miałem (mniejszą lub większą) przyjemność obejrzeć. Czasami też zwracam się w stronę niedawnej przeszłości. Zbiory 5 omówień pojawiają się później na stronie.

Camellia Sisters (Gái Già Lam Chiêu 5, Bao Nhan, Namcito, 2021)

Camellia Sisters nie jest raczej produkcją, która zainteresuje typowego zjadacza pulpy i przyznam, że ciężko mi skierować w jej stronę zbyt wiele komplementów. Jest to niemniej pozycja interesująca ze względu na wysoki status, jakim szybko zaczęła się cieszyć w Wietnamie. Przez 2 tygodnie znajdowała się w czołówce najpopularniejszych pozycji kinowych, w jej obsadzie odnajdziemy tamtejsze gwiazdy (Le Khanh, Kaity Nguyen, Hong Van, Hoang Dung, Khuong Le) i – co istotniejsze – film może poszczycić się doskonałą scenografią, oddającą bogactwo i przepych nader zamożnych trzech tytułowych protagonistek oraz posiada całkiem przyzwoite zdjęcia, a momentami również montaż. Produkcja jest też jedną z największych inwestycji finansowych w kraju i kosztowała niecałe 2 miliony dolarów, co na tamtejsze warunki stanowi pokaźną sumę. Na miłośników Wietnamu czeka tu również zwiedzanie licznych zabytków i kulturalnych pomników, jak imperialnej cytadeli w Hue, grobowca Minh Mang, pawilonu Ngu Phung i wielu innych. Na ich czele znajduje się pałac An Dinh, który przemianowano na potrzeby filmu w posiadłość Bach Tra Vien, gdzie rozgrywa się większość akcji. Po obejrzeniu Camellia Sisters sekretarz partyjny miasta Hue powiedział, że chciałby całe miasto przerobić na studio filmowe, skupiające się na romansach. Stąd też choć nie jest to pozycja, po jakie zwykle sięgam, jej renoma i popularność wzbudziły we mnie wystarczające zainteresowanie abym sam zdecydował się sprawdzić, jak najnowsze romansidło Nhana i Namcito prezentuje się w akcji (i przy okazji obejrzeć mój pierwszy film w tym gatunku z Wietnamu).

I przyznam, że Camellia Sisters nie prezentuje się tak źle, jak się spodziewałem. Główna siła produkcji związana jest z jej oprawą: meble, dekoracje, kostiumy, ogrody – wszystko cechuje się przepychem i dbałością o szczegóły. Ponadto wątki romantyczne, choć 3 – po jednym dla każdej z sióstr – i istotne dla fabuły, nie stanowią jej centralnej osi. Najstarsza i najpełniej zrealizowana z sióstr Ly (Le Khan) dorobiła się majątku na prowadzeniu aukcji z antykami, podczas których – z pomocą młodszej siostry – oszukuje ludzi, dzięki czemu jej status materialny stale utrzymuje się na wysokim poziomie. Jest ona również kochanką prezydenta, co w filmie posłużyło do naszkicowania różnic w społecznym postrzeganiu kobiet i mężczyzn oraz uprzywilejowanej pozycji, jaką cieszą się mężczyźni (do czego wykorzystano nieco zbyt nachalną metaforę szachową). Warto przy tym wspomnieć, że niektóre ze scen, związanych z aukcjami zostały bardzo dynamicznie zmontowane, niczym sekwencje rodem z kina akcji. Młodsza siostra (Hong Van) stanowi na zmianę comic relief i uzupełnienie dramatycznych wątków. Jest jednak niestety mocno irytującą postacią, non stop wyrzucającą z siebie potoki słów. Nie pomaga, że w chwilach o dramatycznym ładunku Van nie prezentuje się zbyt przekonująco jako aktorka. Jej postać jest wspólnikiem starszej siostry, lecz przed światem ukrywają, że są rodziną. Na boku romansuje zaś z udającym głucho-niemego służącym. Fabułę najbardziej jednak popycha do przodu najmłodsza Ly (Kaity Nguyen). Przybywa ona do posiadłości starszego rodzeństwa – które postrzega jako ograniczające jej rozwój – z misją wykradzenia najcenniejszego zabytku z ich kolekcji. Nie wie jednak, że osoby, które obiecały jej awans w zamian za antyk w rzeczywistości chcą ją zwyczajnie wykorzystać, co uzupełnia motyw szowinizmu w świecie korporacji i polityki. Sam zabytek niebawem zostaje skradziony, a dziewczyna myśląc, że sprawcą jest krążący w okolicy młody mężczyzna, postanawia go uwieść, nie wiedząc, że jest on synem prezydenta, próbującym odkryć związek ojca z najstarszą z sióstr. Oczywiście prowadzi to do klasycznej komedii romantycznej, składającej się – wraz z dłużącymi się pasażami z Van – na najcięższe do strawienia chwile.

Największymi wadami filmu są jego przegadanie, oczywistość przekazu, przewidywalność fabularna i nieco zbyt duża ilość wątków, oferujących zwroty fabularne rodem z telenoweli, acz próbuje się je tutaj osadzić w ramach komentarza społecznego dotyczącego pozycji kobiet. Dzięki temu, jak też dzięki udanym zdjęciom i scenografii oraz solidnym kreacjom Khan i Nguyen udało mi się przebrnąć przez tę produkcję raczej bezboleśnie, choć przyznam, że w momentach słodko-romantycznych i nieśmiesznie-komediowych nie było łatwo. Ostatecznie jednak nie żałuję spotkania z siostrami Ly i sądzę, że każdy, kto interesuje się trendami w wietnamskim kinie pewnie nie uzna czasu spędzonego z najnowszą pozycja Nhana i Namcito za (całkiem) stracony.

Krew wilków (Korō no chi, Kazuya Shiraishi, 2018)

Niedawno miała miejsce premiera Ostatniej krwi wilków, sequela Krwi wilków (a właściwie „Krwi samotnego wilka”, jak brzmi japoński tytuł), stąd pomyślałem, że zanim napiszę kilka słów o nowszej z produkcji wpierw przypomnę starszą z nich. Jeśli jesteście fanami japońskiego kina gangsterskiego zapewne już o niej słyszeliście, szczególnie, że po premierze była ona czasem postrzegana jako zwiastun powrotu yakuza eiga do dawnej chwały, co – po raz 4. już – byłoby dziełem studia Toei. Reżyserem filmu jest Kazuya Shiraishi; wcześniej zapisał się m.in. jako jeden z twórców, jacy w 2017 roku stanęli na czele odświeżenia słynnej linii roman porno ze studia Nikkatsu. Shiraishi w jej ramach wyreżyserował Dawn of the Felines.

Krew wilków na wstępie budzi silne skojarzenia ze słynnymi Battles Without Honor and Humanity Kinjiego Fukasaku. Akcja filmu rozpoczyna się w kwietniu 1988 roku, co wraz z wyświetlaniem na ekranie nazwisk członków rodzin mafijnych, nazw organizacji, wydarzeń i dat kreuje wrażenie prawdziwości oglądanych zdarzeń oraz z miejsca umieszcza produkcję w nurcie jitsuroku. I choć obraz Shiraishiego nie jest oparty o prawdziwe wydarzenia, a o powieść Yuko Yuzuki, jest zdecydowanie bardziej realistyczny od masy innych pozycji, które do nazwy jitsuroku podchodzą ze sporym dystansem.

Film zaczyna się od razu z grubej rury i bez pardonu wrzuca widza w świat przemocy i brudu. Otwierająca sekwencja przedstawia torturowanie księgowego Uesawę w chlewie przez gangsterów z rodziny Kakomura; widzimy jak go biją, poniżają, karmią świńskimi odchodami, odcinają palec. Po tym dość mocnym wstępie wprowadzeni zostają dwaj protagoniści, czyli para policjantów. Samotny, tytułowy wilk to detektyw Ōgami, posiadający bardzo bliskie kontakty z rodziną gangsterską Odani; nie opiera się on przed przyjmowaniem łapówek, a podczas śledztw korzysta z tortur, włamywania się czy podpalania cudzych własności. Spotykamy go, gdy ma już przydzielonego partnera: młodego absolwenta uniwersytetu w Hiroszimie, idealistycznego i nieco naiwnego Hiokę, w rzeczywistości pracującego dla wydziału wewnętrznego i prowadzącego śledztwo przeciw Ōgamiemu. „Wilk” tymczasem próbuje zapobiec wybuchowi wojny między rodzinami Kakomura (wspieranej przez Irako-kai, sprzymierzonej z japońskimi nacjonalistami) i Odani.

Jak można się spodziewać Krew wilków oferuje podróż przez krajobraz przestępczego świata Japonii końca lat 80.: domy publiczne, siedziby gangsterów, policyjne posterunki etc. są miejscami, w jakich spędzimy większą część czasu trwania filmu. Shiraishi powoli obnaża nie tylko jak bardzo zezwierzęceni i niehonorowi – mimo prób utrzymania pozorów – są gangsterzy, lecz również jak mocno skorumpowana i zepsuta jest policja, i to na najwyższych szczeblach. Tak szeroki wymiar zepsucia pozwala mu zarówno na podbicie nastroju nihilizmu, na szczęście pozbawionego popadania w przesadę w kreśleniu negatywnego wizerunku kraju, jak również na nadanie filmowi bardziej politycznego wymiaru. Wykorzystana w nim relacja między młodym, idealistycznym policjantem a starym, znającym życie policjantem-weteranem jest archetypiczna dla produkcji policyjnych i sposób jej prowadzenia nie jest może szczególnie oryginalny, ale też nie o oryginalność Shiraishi zabiega. Jego Hioka jest punktem wprowadzenia w zaprezentowany świat i – podobnie jak widz – nie darzy sympatią swojego mentora; gdyby to od niego zależało Ōgami już dawno siedziałby w więzieniu. Zgodnie z szablonem gatunkowym „Wilk” powoli będzie odsłaniał się jako coraz bardziej pozytywna postać, lecz produkcja ani na moment nie przerodzi się w twór a la buddy cop movie. Nie odnajdziemy tu zatem krystalicznie czystych postaci, brak też humorystycznych intruzji.

Oswajanie się ze sobą dwóch mężczyzn wiąże się prymarnie z oswajaniem Hiokiego do konieczności łamania prawa i stopniowego pozbywania się (niektórych z) ludzkich odruchów. Walka o dobro niewinnych oznacza, że samemu trzeba stać się winnym; w świecie przemocy, gdzie prawo jest w rękach przestępców bezprawie staje się często moralniejszym wyborem. A że walka ta rozgrywa się w japońskim świecie przemocy to nikt, łącznie z protagonistami, nie jest tu bezpieczny. I tak, poprzez przeplatanie scen przedstawiających rywalizacje mafijne, śledztwo Ōgamiego i śledztwo Hiokiego; poprzez krótkie wglądy w ich prywatne, dalekie od szczęśliwych życia; poprzez doskonałe nieraz inscenizacje scen (zwłaszcza w finale); i poprzez krwawe (lecz w realistyczny, nie groteskowy sposób) wybuchy przemocy Krew wilków – mimo że momentami może zdawać się nieco przegadana – trzyma w nieustannym napięciu.

Shiraishi świetnie bowiem nakreśla główne wątki, korzystając prymarnie z rozbudowanych dialogów, szczegółowych scenografii oraz wyłuskujących emocje zbliżeń na twarze aktorów, z których każdy prezentuje się idealnie w swojej kreacji. Dwie główne role przypadły w udziale Kōjiemu Yakusho oraz dość stereotypowo przystojnie-naiwnemu Tōriemu Matsuzace. Jego młodzieńcza twarz i naiwny sposób bycia skutecznie kontrastują z otoczeniem i pomagają w łatwiejszej prezentacji negatywnych cech charakterów innych oraz przemiany samego Hiokiego. Warto też dodać, że spotkamy tu liczne znajome twarze z japońskiego kina gatunków, m.in. Tomorowo Taguchiego, Renjiego Ishibashiego, Yōsuke Eguchiego, Goro Ibukiego czy Kyūsaku Shimadę.

Ostatnia krew wilków (Korō no chi: Level 2, Kazuya Shiraishi, 2021)

O ile Krew wilków kojarzyła się prymarnie z Battles Without Honor and Humanity, o tyle sequel nasuwa skojarzenia nie tylko ze słynną serią Kinjiego Fukasaku, lecz również z Graveyard of Honor tego samego reżysera oraz z produkcjami yakuza eiga z lat 90., czy to Banmeia Takahashiego czy Takashiego Ishii. Innymi słowy, Ostatnia krew wilków (lub „Krew samotnego wilka – Poziom 2.” jak brzmi japoński tytuł) odsłania się jako kolejny przykład rasowego jitsuroku, korzystający z inspiracji klasycznymi pozycjami i pokazujący, że wciąż – już od niemal 60 lat – Toei nie ma sobie równych na arenie japońskiego kina gangsterskiego.

Kazuya Shiraishi w kontynuacji swojego przeboju z 2018 roku postawił przede wszystkim na podkręcenie przemocy i prędkości akcji oraz na dynamiczniej poruszającą się kamerę. Skrócił za to dialogi, uprościł nieco fabułę i wykreował wyrazistego, szalonego, zepsutego do szpiku kości antagonistę, na którym próbuje skupić uwagę widza, tak by ten nie dostrzegł innych zagrożeń podkradających się do protagonisty i dał się zaskoczyć zwrotami akcji. Każda z tych zmian wiąże się z zaletami, ale też i wadami filmu.

Ostatnia krew wilków jest przede wszystkim bardziej żywiołowa od poprzedniej części. W zapomnienie poszły następujące po sobie sekwencje dialogów, podczas których próbowano zapobiec wojnie między rodzinami jakuzy; zamiast tego obłąkany gangster Uebayashi (Ryōhei Suzuki) będzie wydłubywał ludziom oczy, torturował i mordował na lewo i prawo, przejmując stopniowo kontrolę nad osłabioną w poprzednim filmie Irako-kai. Jego działania oczywiście spotkają się z kontrą ze strony protagonisty Hiokiego (Tōri Matsuzaka), który nie jest już tym samym naiwnym detektywem, jakim był 3 lata temu (akcja tym razem rozgrywa się w latach 1991-92). Stał się nowym wilkiem i tak jak poprzedni chce za wszelką cenę utrzymać pokój między rodzinami gangsterskimi. Jego starcie z Uebayashim stanowi zatem miks podchodów, wzajemnego szpiegowania się, a w końcu otwartej walki, podczas której Ostatnia krew wilków serwuje sceny rodem z (krwawego) kina akcji.

I choć dzięki temu film posiada większy potencjał rozrywkowy, to równocześnie cały czas sprawia wrażenie zbyt nieskomplikowanego i zatrzymującego się na powierzchni podejmowanych kwestii. Ponadto żaden widz zaprawiony w gangsterskich bojach nie da się zapewne zaskoczyć rozwiązaniami większości wątków. Czy chodzi o Seshimę, nowego partnera Hiokiego rozwiązującego swoją ostatnią sprawę przed odejściem na emeryturę czy o policyjnego szpiega w szeregach jakuzy Chintę, z łatwością przewidzimy jak potoczą się ich losy. Jest to sporą wadą, acz Ostatnia krew wilków na szczęście cały czas prezentuje się nadzwyczaj solidnie pod względem technicznym, stąd każda ze scen jest bardzo atrakcyjna wizualnie i zwykle sprawnie utrzymuje suspens. Ścieżka dźwiękowa sequela jest również nieco agresywniejsza od poprzedniej, udanie wspomaga wrażenie chaosu w rywalizacji z Uebayashim i podkreśla gwałtowne emocje targające postaciami.

Aktorsko produkcja nie budzi takiego zachwytu, jak Krew wilków. Brak tu aktorów na miarę Kōjiego Yakusho czy Renjiego Ishibashiego. Ryōhei Suzuki daje z siebie wszystko jako psychopatyczny Uebayashi, lecz oprócz wybuchów wściekłości przeplatanych z byciem cool gangsterem scenariusz nie daje mu możliwości na pokazanie czegoś więcej. Matsuzaka tymczasem wygląda na nieco zbyt kruchego by uwierzyć, że samodzielnie trzyma w ryzach wielkie mafijne rodziny. Wsadzenie go w mniej schludne ubranie i zapuszczenie lekkiego zarostu nie wystarczają by stał się zaprawionym w bojach twardzielem. Gdy jednak zaczyna być charakteryzowany jako osoba niepotrafiąca już zapanować nad rozgrywającym się wokół niej chaosem, wtedy Matsuzaka zdaje się być idealnym wyborem. Większość pozostałych aktorów jest przedstawicielami młodego pokolenia; prezentują się jednak zadowalająco i często dość naturalnie w swoich kreacjach. Dodam przy okazji, że w małej roli pojawia się tu także znany wszystkim fanom kina gangsterskiego (i nie tylko) Susumu Terajima.

Ostatnia krew wilków ostatecznie sprawia wrażenie sequela zrealizowanego nie dlatego, że twórcy wpadli na pomysł znacznej rozbudowy świata z pierwszej części, lecz dlatego, że pierwsza część osiągnęła sukces, z jakiego warto nadal korzystać. Oznacza to, że tematycznie nie wykracza poza ramy ustalone w 2018 roku i nie oferuje nowych komentarzy czy innego spojrzenia na zaproponowany temat. Jawi się za to jako yakuza eiga z krwi i kości, nasuwająca na myśl lata świetności gatunku, kiedy popularne pozycje były kontynuowane za pomocą licznych sequeli, oferujących kolejne wariacje na ten sam temat. Ostatnia krew wilków nie jest więc zbyt odkrywczym filmem, lecz nader solidnie zrealizowanym, sprawnie łączącym dość mocną przemoc z nieco ckliwym dramatem oraz sceny akcji z rzadkimi komediowymi momentami. Bardzo ładnie przy tym wygląda i brzmi, co sprawia, że oferuje mnóstwo frajdy każdemu fanowi gatunku. Zakończenie zaś wskazuje, że choć era wilków się skończyła, to same wilki wciąż żyją. Być może więc tylko kwestią czasu jest nim ponownie wrócą na łowy. Osobiście, nie miałbym nic przeciwko temu.

Death of a Girlfriend (Yam Laranas, 2021)

Yam Laranas – jeśli wierzyć recenzjom – stworzył onegdaj kilka udanych produkcji, lecz jego passa najwidoczniej nie trwała zbyt długo, o czym świadczą niskie oceny jego ostatnich filmów. Mimo tego, w poszukiwaniu interesujących, tegorocznych pozycji z Azji zdecydowałem się sprawdzić jego najnowszą propozycję, opartą ponoć o prawdziwe wydarzenia Death of a Girlfriend. Laranas za jej pomocą pragnął stworzyć trzymający w napięciu thriller, korzystający z psychodelicznych motywów, nasuwający lekkie skojarzenia z Miasteczkiem Twin Peaks Davida Lyncha i Mike’a Frosta oraz kopiujący strukturę narracyjną Rashomona Akiry Kurosawy.

Niezbyt jednak Laranasowi udało się to wszystko połączyć w trzymającą w jakimkolwiek napięciu całość. Choć bowiem pierwsze kilka minut przedstawia przyjemnie „rashomonowe” podejście do fabuły, wzbogacone na dodatek dość prędkim, energicznym montażem, to produkcja już po kilku minutach przeradza się w sztywny, przewidywalny i nieco tępawy niby-kryminał. Fabułę poznajemy z perspektywy trzech mężczyzn przesłuchiwanych przez policję: chłopaka zgwałconej i zamordowanej w lesie dziewczyny, leśniczego i farmera. Chłopak twierdzi, że leśniczy i farmer wspólnie zabili jego ukochaną, farmer zrzuca winę na leśniczego, leśniczy na farmera, a widz od niemal samego początku z łatwością domyśla się tożsamości mordercy. Cała, wyjątkowo nieporadnie prowadzona intryga okazuje się zatem nic nie warta. Ale nie samą fabułą film żyje, liczy się też przecież jego warstwa stylistyczna.

Niestety Death of a Girlfriend zamiast równoważyć czas poświęcony sprzecznym wyjaśnieniom trójki podejrzanych prymarnie skupia się na opowieści chłopaka zmarłej, przez co ponad połowa filmu przeradza się w mdłe romansidło dla nastolatków. Jest to potrójny cios dla produkcji, gdyż nie tylko psuje on tok narracji i niweluje resztki suspensu, lecz również każe nam spędzać zbyt długi czas z dwójką najgorszych aktorów w obsadzie. O ile Arnold Reyes (leśniczy) i Raul Morita (farmer) wypadają całkiem przyzwoicie to Diego Loyzaga już mniej; natomiast wcielająca się w zmarłą dziewczynę AJ Raval to już zupełne aktorskie drewno. Nie pomagają jej też kiczowate dialogi, choć te mają nieco racji bytu w kontekście fabularnym; mimo tego raczenie nimi widza w tak ogromnych ilościach powinno być zakazane.

Kilka ładnych ujęć, dość przyzwoite wprowadzenie, nienachalnie moralizatorski wydźwięk, mobilizujący do większej uwagi z kim i jak się zadajemy oraz całkiem udana ścieżka dźwiękowa autorstwa szwedzkiego kompozytora Oscara Fodelströma to nieliczne zalety tej nieudanej produkcji. Mam nadzieję, że następna wizyta w Azji okaże się lepsza; z Filipin przenoszę się teraz do Tajwanu na miks dreszczowca i kina science-fiction.

The Soul (Ji hun, Wei-Hao Cheng, 2021)

Netflixowy The Soul to tajwańska (zrealizowana w koprodukcji z Chinami) pozycja, łącząca kryminalną fabułę rodem z kina noir z motywami science-fiction, kojarzącymi się nieco z cyberpunkiem; połączenie to uzupełnia dramatycznymi wątkami o potencjale rasowego wyciskacza łez i wszystko to przyprawia nawiązaniami do kina grozy o folkowym rodowodzie. Film, którego akcja rozgrywa się w 2032 roku, skupia się na umierającym z powodu choroby nowotworowej prokuratorze, prowadzącym śledztwo w sprawie zabójstwa – również cierpiącego na tę samą chorobę – bogatego dyrektora firmy zajmującej się badaniami nad leczeniem nowotworów, ale być może również nad sposobami kopiowania ludzkich umysłów. Głównym podejrzanym w sprawie jest nienawidzący ojca syn zmarłego, obwiniający go za śmierć matki. Z pokrytym tatuażami ciałem w noc zabójstwa przeprowadził dziwaczny rytuał, podczas jakiego – zdaje się – dokonał mordu. Wydaje się też, że druga żona zabitego także w jakiś sposób była zaangażowana w morderstwo, a niebawem pojawiają się podejrzenia, że być może została opętana przez żądnego zemsty ducha pierwszej żony.

Przyznam, że The Soul zostawił mnie z mieszanymi odczuciami. Z jednej strony prezentuje on dość ambitną fabułę dotykającą tematów poszukiwania i utraty tożsamości (w tym tożsamości seksualnej), posiada przemyślaną strukturę wizualną, dotyka kwestii stanu emocjonalnego chorych na nieuleczalne choroby i reakcji najbliższych oraz oferuje świetne aktorskie kreacje. W obsadzie szczególnie wyróżnia się odgrywający główną rolę Chen Chan, doskonale wyrażający emocje i frustracje targające powoli umierającym człowiekiem. Z drugiej jednak strony The Soul jest filmem rozwleczonym, uporczywie powracającym do tych samych kwestii i scen poprzez liczne retrospekcje z wolna uzupełniane kolejnymi strzępkami informacji. Przemieszczanie się między nadmiernie ckliwym melodramatem i kryminałem również nie zawsze się wiedzie. W środkowych partiach praktycznie całkiem zapomniano o kryminalnej intrydze, wątki horrorowe odrzucone zostają zbyt wcześnie, a otoczka science-fiction okazuje się być jedynie mało istotnym tłem, wprowadzonym wyłącznie po to aby wytłumaczyć istnienie technologii ingerującej w RNA.

Główna oś fabularna jest mimo wszystko – poza nadmierną ilością retrospekcji – raczej zgrabnie prowadzona. Prymarnie podejmuje kwestię rozważań o tym, co kształtuje umysł człowieka, czy umysł ten można uznać za duszę i czy w takim razie przenoszenie/kopiowanie wspomnień nie można nazwać technologiczną nekromancją. W tym kontekście wątek choroby nowotworowej jawi się jako doczepiony nieco na siłę; mimo że jest on jednym z centralnych, niezbyt klei się z pozostałymi. Wpływa on jedynie na motywacje niektórych postaci, szczególnie żony protagonisty, lecz usunięcie tego wątku nie odebrałoby możliwości poprowadzenia pozostałych w zaproponowany sposób, a podbijanie przez niego ładunku dramatycznego jest tak naprawdę podkreśleniem kwestii, jakie są już obecne w innych scenach. Największymi jego zaletami są dodanie głębi postaci centralnego detektywa, stającego się kimś więcej niż quasi-Holmesem wyłapującym wszystkie szczegóły, oraz utrzymywanie ogólnego nastroju melancholii.

Ostatecznie The Soul to ładnie wyglądający (minus kilka efektów CGI) film, dotykający popularnych dla kina science-fiction kwestii w nieco odmienny niż zwykle sposób i z pomocą solidnej obsady aktorskiej (m.in. Janine Chun-Ning, Anke Sun, Christopher Ming-Shun). Niestety z powodu nadmiernej ilości wątków i podejmowanych stylistyk nie udaje się Chengowi żadnego elementu swojej gatunkowej układanki doprowadzić do satysfakcjonującego rezultatu. Wpisuje swoją produkcję raczej w ramy popularnych thrillerów z elementami nadnaturalnymi o wolniejszym toku narracji i z mocnymi akcentami ckliwego melodramatu (nasuwając skojarzenia z koreańskimi thrillerami, jak np. przywoływanymi w cyklu Call czy Recalled). Miłośnicy tego typu pozycji powinni zatem zakończyć spotkanie z The Soul raczej usatysfakcjonowani.

Miłośnik kina azjatyckiego, kina akcji i kosmicznych wojaży na statku gwiezdnym Enterprise. Kiedyś studiował filologię polską, a potem został obywatelem NSK Państwa w Czasie. Publikował w Kulturze Liberalnej, Torii, Dwutygodniku Kulturalnym i innych.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*