Wuxia & Kung fu, mon amour

Niedziela. Dwunasty odcinek Mon amour, a w nim pięciu pulpożerców przemierza wschodnioazjatycką popkulturę i wygrzebuje zeń trzynaście zacnych obrazów, które przynależą dwóm niegdyś powszechnie lubianym gatunkom – wuxia oraz bezpośrednio wyrastającemu z niego kung fu, gdzie broń białą zastąpiono gołymi pięściami. Czasem wesoło, czasem śmiertelnie poważnie, zawsze brutalnie i kolorowo. Straszliwe ciosy, łamią się nosy. Zapraszamy do lektury!

PS. A powyższy kadr pochodzi z Dotyku zen (1971).


Mariusz Czernic

36 komnata Shaolin reż. Chia-Liang Liu, 1978

Czarnymi charakterami w filmach kung fu są najczęściej Japończycy i Mandżurowie. To skutek burzliwej historii – od przedstawicieli tych narodów Chińczycy ucierpieli najmocniej. Tłem 36 komnaty Shaolin jest najazd Mandżurów. Jak przystało na okupantów, plądrują miasta, mordują mieszkańców, krwawo tłumią wszelkie przejawy buntu. Tylko mnisi z Shaolin dysponują odpowiednimi umiejętnościami, by stawić im czoła i nie przegrać. Niestety, tworzą oni zamkniętą, tajną społeczność, pozostając na uboczu, nie wtrącając się w konflikt międzynarodowy. Pewien młody człowiek zamierza wykorzystać słynny klasztor przeciwko najeźdźcom. Ranny i wycieńczony podstępem przedostaje się na teren klasztoru i dzięki swojemu uporowi oraz wytrwałości przechodzi poszczególne etapy na drodze do osiągnięcia mistrzostwa. Film wyreżyserował Chia-Liang Liu, znakomity instruktor sztuk walki, a także reżyser m.in. wspaniałej Legendy pijanego mistrza (1994) z Jackiem Chanem i Anitą Mui. 36 komnata Shaolin zawiera świetne sceny walki, ale najlepszy jest wieloetapowy trening, jaki przechodzi bohater grany przez Gordona Liu (późniejszy mistrz Pai Mei w Kill Bill 2). Jest w tym sporo fantazji, ale właśnie za tę pomysłowość, która w jakiś sposób odróżnia ten film od innych, należy docenić twórców. Scena, w której bohater ćwiczy wzrok i ręce reagując na odbijające się światło, pozwala lepiej zrozumieć, w jaki sposób jeden wojownik jest w stanie pokonać grupę otaczających go przeciwników. Atrakcyjnym dodatkiem są bajeczna scenografia i kostiumy, a także elementy groteski, które jasno dają do zrozumienia, że nie należy tej historii traktować poważnie. Ale ciężka praca jeszcze nikogo nie zabiła, więc warto solidnie pracować nad lepszym funkcjonowaniem własnego organizmu, nad refleksem i koordynacją różnych części ciała, by nie dać się zaskoczyć przeciwnikowi.

Four Riders reż. Chang Cheh, 1972

W ciągu pięciu lat (1969-74) reżyser Chang Cheh nakręcił 20 filmów z udziałem Davida Chianga i Ti Lunga. Oto przykład wydajności spod szyldu Shaw Brothers. Oczekiwano konkretnego produktu i to zamówienie realizowano zgodnie z harmonogramem i budżetem. Zdjęcia powstawały zwykle w Hongkongu, w specjalnie przygotowanych dekoracjach i sprawdzonych plenerach (np. Clear Water Bay), ale Chang niektóre filmy realizował poza granicami: w Bangkoku, Tokio i – tak jak w przypadku Four Riders – w Seulu. W trakcie wojny w Wietnamie twórca Jednorękiego szermierza (1967) przypomniał o wojnie koreańskiej. Akcję osadził w 1953 już po ogłoszeniu rozejmu, by pokazać, że dla mężczyzn o wojowniczym charakterze wojna nigdy się nie kończy. Tacy ludzie symbolizują nieszczęście, tak jak Czterech jeźdźców Apokalipsy. Gdy gangsterzy za pomocą kastetów masakrują człowieka, staje się jasne, że to nie są żarty – kto zginie szybko, ten będzie miał szczęście. Wśród ofiar będą również cywile, ale mimo brutalności i braku latających wojowników trudno mówić o realizmie, sporo tu wszakże przegiętych sytuacji. To jeden z tych filmów, które inspirowały Johna Woo, ale zamiast typowo gangsterskich porachunków z udziałem broni palnej częściej obserwujemy efektowne bijatyki. Instruktorzy sztuk walki Lau Kar Leung i Tong Gaai oraz aktorzy (m.in. Yasuaki Kurata, mistrz karate, wyćwiczony także w judo i aikido) dali wspaniały popis swoich możliwości. Akcja rozgrywa się w latach 50., ale budżet nie pozwolił na odwzorowanie klimatu tamtych czasów – kostiumy, dekoracje, sprzęt i auta są typowe dla późniejszych dekad. Jedynie muzyka ma w sobie coś z klimatu retro. Najbardziej zaskakujące, że w tym pośpiesznie nakręconym akcyjniaku można zauważyć kadry nacechowane symboliką. Pierwsza i ostatnia scena (cztery ruchome punkciki na śniegu) i kwitnący samotnie kwiat to z pewnością alegoria. Z początku wydaje się, że kwiat symbolizuje wiosnę i lepsze czasy. Nic bardziej mylnego! Samotna śmierć i ponura droga na sąd ostateczny – oto co nas czeka.

Rzeźnik Wing reż. Woo-Ping Yuen, 1979

Tytułowy bohater to uczeń słynnego mistrza Wong-Fei Hunga. To nieudacznik i pechowiec, skłonny do bijatyki, nieokrzesany i impulsywny. Jego życie jest połączeniem brawury, szyderstwa i bezsensownej agresji. Taki jest również film – kpiarski i energiczny, lecz nie pozbawiony okrucieństwa. Próba gwałtu na kobiecie jest ukazana dość brutalnie jak na film, który ma wiele elementów komediowych. Wśród humorystycznych wstawek można znaleźć takie dziwactwa, jak pojedynek na pędzle czy np. pijany mistrz upijający kurę. A propos szaleństw alkoholowych, reżyserem filmu jest Woo-Ping Yuen, najbardziej znany jako twórca kultowego Pijanego mistrza (1978) z Jackiem Chanem. Rzeźnik Wing to głównie popis Sammo Hunga, zdolnego aktora komediowego, świetnego fightera, a także reżysera i producenta filmowego (w tej funkcji zasłużył się jako odkrywca talentów Michelle Yeoh i Cynthii Rothrock). Mistrzostwo osiągnął w układaniu choreografii scen akcji, w szczególności bijatyk (zdaniem Sławomira Zygmunta, autora Leksykonu filmów wschodnich sztuk walki, Sammo Hung jest jednym z najlepszych na świecie choreografów scen walk). Pracując przy Rzeźniku Wingu był właściwie drugim reżyserem. Z jego pomocą Yuen stworzył atrakcyjne widowisko pełne humoru i przemocy, oferujące rozrywkę także i dziś.


Piotr Kuszyński

Five Element Ninjas reż. Chang Cheh, 1982

Konflikty konkurencyjnych szkół to w kinie rodem z Hong Kongu nic nowego. Idealnym sposobem na odrobinę świeżości w ogranych już do bólu filmowych kliszach jest dodanie do fabuły elementów obcej kultury, a chyba nic nie brzmi tak zachęcająco, jak konflikt, w którym udział biorą adepci chińskich sztuk walki i pochodzący z Japonii ninja. Strasznie mnie świerzbi, by pisać o tym filmie jako o symbolicznej konfrontacji dwóch, zwaśnionych od wielu lat mocarstw, ale nie, nie będę wciskał Wam takich kitów. Jedyną rzeczą, którą sprzedaje nam Chang Chech, jest bezpretensjonalna, kiczowata nawalanka na wielką skalę. Wielką radochę sprawia różnorodność starć  i absolutnie przerysowane postacie, które, dzięki kolorowości i dziwacznym technikom, przywodzą na myśl kreskówki z lat 80. Wszystko jednak z tą różnicą, że w 5 Element Ninjas trup ściele się naprawdę gęsto, a w niektórych momentach nie brakuje lejącej się juchy. W natłoku akcji można się niejednokrotnie zgubić, zastanawiając się przy tym, co się w ogóle dzieje na ekranie. To ten rodzaj filmu, w którym za fabułę wystarczy: „Mają się bić”, a dorosłe dziecko przed ekranem cieszy się i klaszcze z zachwytu.

Jednoręki bokser reż. Yu Wang, 1971

Krokiem milowym w karierze pochodzącego z Tajwanu Yu Wanga był angaż w Jednorękim szermierzu (1967), w którym to, zgodnie z nazwą filmu, aktor walczył wyłącznie jedną ręką.  Granie okaleczonego wojownika musiało Wangowi przychodzić z łatwością, zważywszy na to, że w tego typu postacie wcielił się jeszcze kilkukrotnie. Oprócz trzech rożnego rodzaju sequeli  Szermierza powstał także film o tytule Jednoręki bokser (a także jego kontynuacja, Mistrz Latającej Gilotyny, z 1976 roku), gdzie zamiast wymachiwać bronią białą, Yu Wang ograniczał się do masakrowania swoich przeciwników wyłącznie pięścią. To typowy film o zemście: jedna ze szkół walki postanawia wykończyć konkurencje, lecz zamiast zająć się tym osobiście, do brudnej roboty  wynajmuje grupę najemników. Atak przeżywa jedynie Tien Lung, który pozbawiony kończyny postanawia się zemścić. Fabuła jest tu czysto pretekstowa. W Jednorękim bokserze liczy się wyłącznie mordobicie, w którym występuje plejada niezwykłych dziwaków. Cudaczność produkcji podkreśla również absurdalnie pędzące tempo akcji (rekonwalescencja i trening bohatera to ledwie kilka minut, by móc jak najszybciej przejść do dalszej nawalanki) i chaotyczny montaż, który musiał wyjść spod rąk jakiegoś rzeźnika. To, co w teorii brzmi jak totalna padaka, w rzeczywistości jest świetną, bezpretensjonalną rozrywką. O filmach takich jak ten mówi się, ze są grzeszną przyjemnością, ale wiecie co? Bawiąc się przy nim nie mam w ogóle poczucia, że robię coś niewłaściwego.

Wąż i cień orła reż. Woo-ping Yuen , 1978

Jackie Chan wciela się w rolę szkolnego popychadła, które dzięki pomocy tajemniczego mistrza sztuk walki opanowuje morderczą technikę „Pięści węża”. Gdy  dowiaduje się, że jego mentor jest celem  konkurencyjnej szkoły zgłębiającej tajniki „Szponu orła”,  postanawia za wszelką cenę bronić swego mistrza. Czy jednak „Pięść węża” jest wystarczającą bronią w obliczu tak poważnego zagrożenia? Film jest typowym dla Chana połączeniem komediowego sznytu z porządnie zaaranżowanymi scenami walki. To bardzo dobrze zbalansowany film, który doskonale wie, kiedy ma widza bawić, a kiedy zadziwiać finezją starć, czym udaje mu się skutecznie zapobiec przed jakąkolwiek nudą. Fanów starej muzyki elektronicznej zaciekawi także fakt, ze wykorzystano w nim utwór Oxygene II Jeana Michelle’a Jarre’a, o czym sam autor, rzecz jasna, nie miał zielonego pojęcia. Ja z kolei nigdy bym nie wpadł na to, jak dobrze ta muzyka pasuje do kina dalekiego wschodu.


Mateusz R. Orzech

The Crimson Charm reż. Wong Fung, 1971

Nie mogło zabraknąć wśród moich wyborów produkcji filmu z kultowego studia Shaw Brothers, które wywarło niesłabnący do dzisiaj wpływ na kino wuxia i kung fu. Shaw Brothers w 1965 roku rozpoczęło tzw. „nową szkołę wuxia”. The Crimson Charm można traktować jako swoistą syntezę wszystkich elementów, które charakteryzowały ówczesne propozycje studia, choć nie jest to jedyna produkcja tego typu, stąd też zachęcam do poznawania katalogu hongkońskiego giganta. Na przełomie lat 60. i 70. wuxia weszła w okres stagnacji. Twórcy zaczęli więc szukać możliwości rozwijania nurtu. Ich działania możemy (w sporym uproszczeniu) podzielić na 3 grupy: zwiększanie walorów produkcyjnych/artystycznych (co u SB przebiegało powoli i raczej objawiało się pozwalaniem na realizowanie ambitniejszych scenariuszy przez Changa Cheha), przesuwanie się w kierunku kina kung fu (co u SB zwiastował Chinese Boxer [1970] Wanga Yu, pierwowzór jego późniejszych, kultowych Jednorękiego boksera i Mistrza latającej gilotyny) oraz chętny powrót do nie tak dawno odrzucanej stylistyki shenguai, czyli anturażu rodem z kina fantasy. The Crimson Charm jest filmem obierającym ten 3. kierunek. Początkowo skupia się na przedstawieniu starego mistrza i jego córki, wracających do swojej posiadłości z podróży. Po drodze natykają się jednak na złoczyńców, którzy próbują m.in. zgwałcić pewną młodą dziewczynę (co wynika kilkoma zbliżeniami na jej piersi – nieco pokracznymi próbami silenia się na cechy kina eksploatacji). Za namową córki mistrz powstrzymuje bandytów i w walce zabija ich lidera. Jak przekazuje mu jeden ze zbirów, zabił syna przywódcy siejącej grozę w Świecie Sztuk Walki grupy Szkarłatny Urok. Niedługo potem w zupełnie nonsensownej, stylizowanej na kino grozy kojarzące się z filmami z Włoch i ze studia Hammer scenie, mistrz dostaje wiadomość, że Szkarłatny Urok wyśle swoich wojowników na jego urodziny. Podczas rozmowy pojawia się tajemniczy pięściarz (jako jedyny nie korzystający w filmie z broni i wprowadzający tym samym elementy kina kung fu), który jest spokrewniony z potężną wojowniczką i niegdysiejszą rywalką pechowego mistrza. Na domiar córka mistrza i tajemniczy wojownik zakochują się w sobie, nie trzeba też długo czekać nim na horyzoncie pojawiają się kolejne komplikacje… Fung niemal co chwila skupia się na coraz to innym wątku, żongluje postaciami zmieniając ich pozycje z pierwszoplanowych na drugoplanowe i vice versa, nie szczędzi zwrotów fabularnych, rozrzuca po całym filmie nagłe introdukcje potężnych mistrzów sztuk walki (czasem wpadających tylko na kilka sekund). Tworzy tym samym produkcję osadzoną nie tylko głęboko w Świecie Sztuk Walk, lecz i w świecie, w którym pełno jest nadnaturalnych zdolności i wymyślnych oręży, skutecznie zawieszających niewiarę widza i pozwalających zaprezentowanym postaciom czuć się swobodnie w pełnej przejaskrawień fabule. Na uwagę zasługują również sprawnie zrealizowane choreografie sztuk walki. Starcia są dynamiczne, pomysłowe i dość długie, także każdy miłośnik wuxia lat 60. i 70. nie powinien czuć się zawiedziony.

The Master reż. Haofeng Xu, 2015

Dzisiejszą wyliczankę zdominowały produkcje starsze, lecz nie oznacza to, że współczesne kino wuxia i kung fu nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Ostatnio choćby popularne stało się częstsze niż kiedyś sięganie po styl walki wing chun, m.in. dzięki sukcesowi produkcji o Ip Manie Wilsona Yipa z Donnie Yenem w roli mistrza; swoje filmy o nim stworzyli ostatnimi laty również Herman Yau i Wong Kar Wai, który zresztą scenariusz do The Grandmaster (2013) pisał z reżyserem, scenarzystą i autorem choreografii scen akcji w The Master. Wing chun zajmuje też ważną pozycję w omawianej produkcji, której fabuła nieco kojarzyć się może fabułą Ip Mana (szczególnie 2. części z 2010). Tytułowy mistrz pragnie otworzyć szkołę sztuk walki, lecz na przeszkodzie stają mu inni mistrzowie. Nie pomaga też, że zbliża się wojna i sytuacja jest pełna napięć. Prędko się również okazuje, że nie można tu nikomu ufać. Szczerze mówiąc, przez sporą część seansu miałem dość ambiwalentne odczucia względem produkcji. The Master, szczególnie w początkowych aktach, jest realizowany nieco zbyt pospiesznie. Xu skacze po wątkach z prędkością wynikającą małym chaosem narracyjnym. Mimo to wyrastający na nowego mistrza kina sztuk walki Xu ostatecznie nie tylko jest w stanie zapanować nad strukturą, ale też stworzyć niezwykle emocjonującą opowieść, która trzyma w napięciu praktycznie do ostatniej sceny, z wolna zdzierając ze świata sztuk walki piękno i honor, a na ich miejsce wydobywając miałkie, niegodne mistrzów uczucia. Nie byłby to jednak film kung fu wart dodania do dzisiejszego Mon amour, gdyby nie oferował czegoś naprawdę ponadprzeciętnego w obszarze scen akcji. Xu prezentuje tu dość realistyczne potyczki, w większości rozgrywające się w krótkim dystansie i często ograniczone do precyzyjnych ciosów szybko unieszkodliwiających oponenta. Wszystkie zaprezentowane w filmie potyczki jednak bledną, gdy tytułowy mistrz weźmie do rąk miecze baat cham dao i wkroczy w wąską uliczkę, gdzie odbędzie całą serię pojedynków z mistrzami kung fu. Jest to jedna z najlepszych sekwencji kina sztuk walki w ostatnich latach: widowiskowa, świetnie zmontowana i zainscenizowana, pełna suspensu, lecz nigdy nie popadająca w przesadę. Choćby tylko dla niej warto sięgnąć po The Master.

The Shaolin Plot reż. Wong Fung, 1977

A oto przykład kina kung fu z niemniej zasłużonego dla gatunku studia Golden Harvest. Studio w latach 70. wyrosło na ogromną konkurencję dla Shaw Brothers, ostatecznie wychodząc z rywalizacji zwycięsko. Do Golden Harvest przeszło sporo twórców, wcześniej tworzących w SB, jak choćby Lo Wei czy Wong Fung, zachęconych większą swobodą twórczą. Studio osiągnęło sukces wraz z odkryciem takich talentów, jak Yuen Biao, Bruce Lee, Jackie Chan czy Casanova Wong. W The Shaolin Plot w roli głównej wystąpił co prawda nieco mniej znany James Tien jako posiadający niezwykłe zdolności sztuk walki adept Wu Tang, ale warto zwrócić tu uwagę na wspomnianego Casanovę Wonga w roli mnicha Shaolin o ekstremalnie widowiskowych kopniakach, będącego prekursorem dla późniejszych filmów z Sammo Hung Kam-Bo. Zresztą Hung (kolejna osoba, która pracowała wcześniej w SB) też jest obecny w The Shaolin Plot i to po obu stronach kamery. Gra tu niemałą rolę – swoją pierwszą, tak rozbudowaną – oraz odpowiada za choreografie scen walki. I odwala przy tym kawał doskonałej roboty, przenoszoną na ekran dzięki niebagatelnym zdolnościom Wonga, potrafiącego w jednym ujęciu oddać siedem kopnięć praktycznie bez dotykania ziemi. Jemu i innym potężnym wojownikom partneruje przy tym niejedna eksplozja krwawej przemocy, którą nie waha się pokazać Fung. Ale nie tylko sceny akcji są tu warte uznania. Choć opowieść o złym Chen Singu, wykradającym podręczniki sztuk walki i wykorzystującym je w niecnych celach początkowo się nieco wlecze, to akcja niebawem nabiera tempa, oferując niejeden zwrot fabularny, splatając ze sobą udanie kilka wątków, a nawet chwilami zbliżając się do pomysłów rodem z kryminału. Wszystko to Fung czyni nie w zamkniętych studiach, a w otwartych lokacjach, stanowiących standardowe, lecz zawsze wywierające pozytywne wrażenie tło dla produkcji Golden Harvest. Na tle słynniejszych filmów ze studia The Shaolin Plot prezentuje się jako zupełnie niesłusznie zapomniany klasyk, wart odnalezienia przez wszystkich fanów kina kung fu.


Wongo

Mistrz Latającej Gilotyny reż. Yu Wang, 1976

Jak na skrajną uber pulpę przystało, szalone dzieło Jimmiego Yu Wanga jest tworem zrodzonym z zapożyczeń, a nawet pospolitej kradzieży, ale też  – co najistotniejsze – szczerego zapału i odpowiednio wielkiej dozy własnej inwencji. Fabuła stanowi kontynuację jednego z pobocznych wątków obecnych we wcześniejszym Jednorękim bokserze tegoż reżysera, będącym z kolei swobodną przeróbką Jędnorękiego szermierza (1967) Cheh Changa; tytułowy Mistrz okazuje się być nauczycielem dwóch buddyjskich mnichów pokonanych uprzednio przez Boksera. Rzecz rozpoczyna się prawdziwym trzęsieniem ziemi, lub – pisząc dosadniej – srogim rozpierdolem następującym w momencie, gdy mieszkający u podnóża Himalajów niewidomy starzec prezentuje działanie zawieszonej na łańcuchu gilotyny: fruwającej broni służącej do zmyślnej dekapitacji. Rozsierdzony na wieść o śmierci podopiecznych wyrusza w poszukiwaniu zemsty, ale nim dojdzie do ostatecznego starcia tego – jak się później okaże – niemal niezniszczalnego, jawiącego się wręcz niczym jakowaś maszyna śmierci w ludzkiej powłoce, okrutnika z poczciwym kalekim bokserem, czeka na nas obfitujący w pomysłowe pojedynki turniej walk i szereg innych brawurowo wdrożonych na ekran atrakcji. Ostateczny kształt filmu zapewne nie byłby tak fantastyczny, gdyby nie zgoła niecodzienna dla tego typu kina oprawa muzyczna (trafiona w dziesiątkę, ale nie pytajcie jak przedstawiała się kwestia praw autorskich…). Dość powiedzieć, że bieganie po suficie przy kosmicznych dźwiękach Rubyconu Tangerine Dream nabiera jeszcze bardziej surrealistycznego charakteru, a obraz ilustrują dodatkowo kompozycje grupy Kraftwerk i przede wszystkim napędzające działania antagonisty (notabene: paradującego z wyhaftowaną swastyką) zadziorne, motoryczne tematy Super i Super 16 krautrockowców z Neu! I wierzcie mi, to połączenie chińskich sztuk walki ze szwabskim rockiem naprawdę urywa głowę!l


Marcin Mess

7 Man Army reż. Chang Cheh, 1976

Grecy mają wszystkim znaną legendę o trzystu Spartanach, a Chińczycy… o siedmiu żołnierzach, którzy gdzieś na początku drugiej wojny chińsko-japońskiej (1937-1945) mieli przez kilka dni bronić pewnej twierdzy przed dwudziestoma tysiącami przeciwników. Mimo że ich historia zaczyna się bardziej przekonująco niż to się może zdawać – mowa bowiem o mężczyznach, którym udało się ujść z życiem z bitwy i którzy następnie, niejako przez pomyłkę dowództwa, zmuszeni zostali do absurdalnej obrony – jej realistyczne ukazanie raczej nie miałoby sensu. Mistrz Chang poszedł więc w całkowite przegięcie, dramat wojenny śmiało klejąc z kinem sztuk walki. Co za tym idzie, protagoniści to nie byle jacy żołnierze, lecz przesadnie heroiczni wojownicy kung fu i – tak się akurat składa – ich oponenci z reguły chętniejsi są na korzystanie z pięści, nóg, bagnetów i mieczy, niż z pistoletów czy karabinów. (Czyżbyśmy więc mieli także do czynienia z wojennym uwspółcześnieniem wuxia?) Mimo sporej liczby scen akcji nie ma tu jednak mowy o nieustannej rozpierdusze. Trzon opowieści stanowią retrospekcje bohaterów, z których dowiadujemy się o ich przeszłości. A dokładniej: dlaczego wstąpili do wspaniałej armii chińskiej i/lub dlaczego nienawidzą tych podłych Japończyków (ewentualnie tych podłych Mongołów…). Tak jest, 7 Man Army to też film propagandowy. Chociaż prowadzi to w pewnych miejscach do niezamierzonego komizmu, ostatecznie jak najbardziej pasuje do tej komiksowo-mitotwórczej konwencji. Co więcej, rzeczone mikro-opowieści są naprawdę różne i stanowią swoisty przekrój przez ówczesne kino akcji z Hongkongu – w jednej obserwujemy młodzieńca trenującego kung fu, aby móc się zemścić na mongolskich najemnikach, w innej losy pojmanego lidera rebelii przeciwko japońskiemu okupantowi… – i czynią film smaczną pulpową hybrydą, która zdecydowanie wyróżnia się z tłumu.

Gospoda Smocze Wrota reż. King Hu, 1967

Po swoim pierwszym wuxia, znakomitym Napij się ze mną (1966), King Hu postanowił opuścić szeregi Shaw Brothers. Włodarze słynnego studia nigdy mu tego nie wybaczyli i nawet wykorzystali swoje wpływy, aby blokować premierę jego kolejnego obrazu w Hongkongu. Zrealizowana w pięknych tajwańskich plenerach, pod egidą świeżo powstałego The Union Film Company, Gospoda Smocze Wrota mimo to osiągnęła duży sukces komercyjny. Swoim powodzeniem znacząco wpłynęła zaś na cały gatunek, jako że – jak twierdzą spece – miała się dlań okazać tym, czym dla westernu był Dyliżans (1939). To właśnie Hu utrwalił takie archetypy, jak dobrodusznego, niezwykle utalentowanego szermierza, morderczego eunucha czy śmiało rozprawiającą się z tuzinami mężczyzn wojowniczkę (obecną w gatunku już wcześniej, jednak do czasu Złotej Jaskółki z Napij się ze mną już dosyć zakurzoną). Gospoda jest jednak nie tylko wschodnioazjatyckim „odpowiednikiem” przeboju Johna Forda, ale ogólnie filmem interesująco pokrewnym westernom. Wszakże u jej podstaw mamy wielką wędrówkę, będącą w zasadzie jednym wielkim polowaniem/ucieczką, liczne odludne pustkowia jako tło wydarzeń oraz sporo akcji rozgrywanej w tytułowej knajpie, która znajduje się pośrodku niczego. Sam autor nie ukrywał inspiracji westernami, a podobno najbardziej lubił dokonania Sergia Leone, z którym jego film łączy choćby imponująca epickość opowieści oraz pewna poetyckość formy. Ta swoja specyfikę zawdzięcza również wpływom pekińskiej opery. Zafascynowany nią Hu celował w płynność scen akcji, ukazując walki pełne gracji tak za sprawą choreografii, jak pomysłowych ruchów kamery. Ciekawe więc, że montaż bywa rwany, w wielu miejscach zaskakująco mocno skracając płynne ujęcia. Chyba jednak najbardziej interesujące są interakcje wcale odmiennych bohaterów, wrzuconych w fabułę o kluczowym tle historycznym i względnie anty-establishmentowej wymowie. Tych stopniowo przybywa (postaci spychające się wzajemnie na dalsze plany to błyskotliwy dramaturgicznie koncept, który bodaj najmocniejsze rozwinięcie otrzyma w arcydziele Dotyk zen [1971]), a w mocarnym finale staczają bój ze złoczyńcą jawiącym się jako niedający się pokonać bóg wojny. Szczęka na podłodze? Oczywiście.

Pijany mistrz reż. Yuen Woo-ping, 1978

Kiedy Wąż i cień orła – pierwszy film, w którym Jackie Chan otrzymał wreszcie zgodę na to, aby móc się przed kamerą zwyczajnie powygłupiać – odniósł sukces komercyjny, niemal cała odpowiedzialna zań ekipa natychmiast zabrała się za realizację „sequela”. W przetwarzającym ten sam typ fabuły Pijanym mistrzu znowu mamy więc mieszankę akcji i staroświeckiego slapsticku, pozwalającą Chanowi dać wyraz swojej miłości do dokonań Bustera Keatona. I ponownie otrzymujemy opowieść o młodym utalentowanym uczniu podstarzałego mistrza, który na pozór wydaje się być żebrakiem, a który uczy kung fu oraz budowania charakteru i poszukiwania tożsamości. Tym razem jednak mamy postaci historyczne. Chan wciela się w walczącego głównie na przełomie XIX i XX wieku bohatera ludowego Wonga Fei-hunga, o którym wcześniej powstało już blisko 100 filmów. Skoro jednak był on w nich portretowany jako figura dojrzała, to młody gwiazdor, prezentując jego nastoletnie oblicze, mógł sobie pozwolić na jej komiczne rysy bez obaw o gniew publiczności. W jego interpretacji jest to postać składająca się z interesujących kontrastów: ambitna, ale zupełnie dziecinna, utalentowana, ale też arogancka, wreszcie – w zależności od przeciwnika – na zmianę wojownicza i tchórzliwa. To na bazie jednej z dotyczących jego nauk legend zaprezentowano tu nieprzewidywany, stale mylący oponentów, styl Ośmiu Pijanych Bogów, choć jego nauczycielem uczyniono akurat zapijaczonego wojownika znanego jako Żebrak So (który w rzeczywistości sławę zdobywał gdzieś na początku XIX wieku). Fabuła, skupiająca się na ich treningach oraz starciach z różnymi postaciami, ma bardzo anarchiczną konstrukcję. Dość powiedzieć, że Żebrak pojawia się po ponad 30 minutach, które stanowią jedną wielką ekspozycję Wonga, a główny szwarccharakter, płatny zabójca o wymownym pseudonimie Gromonogi, pojawia się tylko raz na jakiś czas, aby kogoś ukatrupić, i dopiero w połowie poznaje głównego bohatera (ich prawdziwy konflikt zawiązuje się zaś w ostatnim akcie opowieści). Co prawda, niektóre gagi są kretyńsko dziecinne i ciągną ocenę w dół, jednak warto przymknąć na nie oko. W ramach rekompensaty otrzymujemy choćby zacną muzykę Fu Lianga Chou (motyw przewodni rozwala czaszki niczym pięść Mistrza) czy mający później charakteryzować chyba całą filmografię Chana niezwykle kreatywny popis tłuczenia przeciwników z pomocą wszelkich możliwych elementów otoczenia. Nic, tylko szukać inspiracji.

Teksty zbiorowe kinomisyjnej załogi i przyjaciół.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*